Gdzie Rzym, gdzie Rzym

To było upalne popołudnie. Być może zbyt upalne na podróż do Rzymu. Takie kierunki powinno się obierać zimą, żeby dostać to, czego nie ma się wtedy na co dzień – ciepłych, słonecznych dni. Żeby poczuć błysk żalu w oczach tych, co zostali w domach. Tych, co siedzą pod kocem i smarkają, a my rozpinamy płaszczyki i mrużymy oczy.
A my wyjechałyśmy latem i jedyne, co nas ratowało to przewiewne stroje, których nie powstydziłaby się pewnie sama Audrey Hepburn na swoich rzymskich wakacjach.
DSC_2600DSC_2605
Męża zostawiłam w domu, bo nasza Europa chyba mu się przejadła, chyba już go nie bawi. Włoską kolację bez świec przyszło mi więc jeść w towarzystwie nieśmigielskiego małżeństwa. Podobnie zresztą jak obiad w Bagdadzie i podwieczorek w Szkocji.
Bo to był bardzo długi dzień.

Pierwszy raz odwiedziliśmy Rzym w marcu 2015. Nikt wówczas nie przypuszczał, że my – ludzie północy – tak dobrze odnajdziemy się w ciepłym kraju. Nikt też nie przypuszczał, że po cichu przyrzekniemy sobie odwiedzać Włochy co roku. Skandynawię też bym z przyjemnością wizytowała corocznie, ale na takie przyrzeczenia trzeba mieć jednak nieco większe zaufanie do własnej stabilizacji zawodowej i finansowej. Od wczasów w Rzymie nie zbiednieję. Od dokarmiania fiordów – owszem. Zwłaszcza, że na to pierwsze wystarczy mieć samochód z połową baku. Taniej niż tanie linie lotnicze.
No to jedziemy. Z Bogiem!

Zawsze myślałam, że Watykan leży w samym sercu Rzymu, a nie na przedmieściach, tymczasem wielka świątynia przywitała nas nim ledwie przekroczyłyśmy granice miasta. Słońce powoli więdło, więc na próżno szukać nam było w okienku Franciszka. Anioł Pański swoje pięć minut musiał mieć jakieś cztery godziny temu. Nie zadzwonię więc podekscytowana z Placu Świętego Piotra do dziadka. Bo nie ma ani dziadka, ani Papieża. Krzyżyk na drogę postawiliśmy sobie sami.
DSC_2576.jpg
A droga nie była długa. Centrum Rzymu tuż za zakrętem. Za siedmioma wzgórzami. Za polami. Gdzieś pośród tych sielankowych landszaftów musiała się pewnie wić słynna Via Appia Antica – najstarsza rzymska droga. Gdybyśmy nią szli i szli, doszlibyśmy kiedyś aż do samego Morza Adriatyckiego, ale na forum Romanum wszyscy pisali, że do tego potrzebne są wygodne buty. A my przecież w stylowych sandałkach.
Więc ruszyliśmy dalej.
DSC_2628.jpgCzy w szczycie sezonu mieliśmy problem ze znalezieniem miejsca parkingowego? Nie. Nie dość, że w ofertach mogliśmy przebierać jak w ulęgałkach, to nie zapłaciliśmy za to złamanego grosza. Która europejska stolica mogłaby się czymś takim pochwalić?
DSC_2660.jpgCzy przeżyliśmy na rzymskich drogach bez kolizji i rys na karoserii? Tak. O ile jazda po toskańskich miasteczkach podnosiła nam ciśnienie z każdym zakrętem coraz mocniej, o tyle zwiedzanie Rzymu samochodem było czystą przyjemnością. Ruch, jak na sierpniową niedzielę, był niesamowicie spokojny, a jedyny pojazd, z jakim było nam się przywitać to nieśmiertelna Vespa. Tak symboliczna dla ciepłych rejonów, że srogo byśmy się zdziwili, gdybyśmy żadnej nie zobaczyli.
DSC_2634.jpgCzy umęczyły nas masy turystów? Nie. Ominęły nas jakiekolwiek obrośnięte w legendy przydługie kolejki, przeciskanie się przez spoconych przybyszy z całej reszty świata, szukanie cenniejszych niż złoto momentów na zdjęcie bez bohaterów drugiego planu. Na nic zdałaby nam się wnikliwa lektura posta Mariny o Rzymie nieturystycznym. Na nic. Bo cały Rzym stał dla nas otworem, przyjemnie nieturystycznie, jakby wszyscy podróżnicy skreślali to miasto ze swoich bucket lists na rzecz bijących rekordy instagramowej popularności Wysp Owczych i Lofotów. Rzym przechodzi do lamusa, staje się antykiem godnym swoich własnych zabytków.

Czy zjedliśmy coś dobrego? No a jak! Czy na słynnym gastronomicznie Zatybrzu? Nie tym razem. Nie za Tybrem, ale za przystankiem. W kuchenną atmosferę włoskiej kuchni wsiąknęliśmy na tyle, by kolację przygotować własnymi rękoma z produktów, rzecz jasna, lokalnych. Być może zbyt skromnie jak na możliwości Cucina Italiana, ale żołądki mieliśmy pełne po stołowaniu się chwilę wcześniej w Szkocji i Bagdadzie.

Co więc wpisaliśmy w nasze menù?
– Primo piatto: penne al pesto di pomodori secchi e ricotta con basilico
– Dolce: cioccolato fondente tiramisù (choć fondente przez przypadek, bo pozostawione w pełnym słońcu)
– Digestivo: caffè dell McDonald
DSC_2654DSC_2657

A wino? A czy Lacjum słynie z jakiegoś szczepu? Nie za bardzo. Ale dobre Chianti to zawsze dobry pomysł. Niemniej, kieliszeczek dopiero w domu. W parze z Limoncello. Bo kierownica i odpowiedzialność. I 92km drogi do domu.

Mówią, że Rzym to wieczne miasto. Mówią też, że nic nie trwa wiecznie.
Nasz projekt zawisnął w powietrzu, bo pierwsza połowa nadaje z Poznania, a druga z Sydney. Ale wiedzcie, że dopóki nie dojedziemy na Koniec Świata (51°32′20″N 18°18′46″E), to przed nami jeszcze wiele przygód.
Do 2020!

Rzym, woj. kujawsko-pomorskie
52°42′45″N 17°36′40″E

[pozostałe wpisy z projektu Globus Polski znajdziecie TU]

Reklamy

3 myśli w temacie “Gdzie Rzym, gdzie Rzym

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s