Na brzegu Tagu #Lizbona

Przypominam sobie ciepłe, sierpniowe dni, gdy dość spontanicznie udałam, że mam sraczkę, kaca oraz półpaśca i wzięłam NŻ, by w Matki Boskiej Zielnej ruszyć do Lizbony, tak nas od wewnątrz wierciło i rozsadzało, jak przystało na biegunów.
Ela – światowid – już to wszystko widziała, ale ja na widok żółtych tramwajów ciągle musiałam cierpliwie czekać, mając w pamięci jedynie wąskie uliczki Mysłowic, gdzie ziemia naprawdę się trzęsła (Rojek nie kłamał). Miasto było smutne i szare, tramwaje – w zwiędłych kolorach z komunistycznych pocztówek, ale widok ciasnych ulic z rozłożonym niczym czerwony dywan torowiskiem ciągle budzi we mnie beztroskie wspomnienia.

To trochę bez sensu pisać o tym, że gdy lato ciągle hulało na dobre, my jechaliśmy grzać kości na kocu pod drzewami Lizbony, ale nie zawsze można czekać do podłej jesieni. Zresztą podłą jesienią była pora na Ateny (ale, przepraszam bardzo, które?).
Lecz nagle przyszła ta podła jesień i wszyscy zaczęli nastawiać w czajniku wodę na ciepłą herbatę. Z nudów kazałam też we francuskim Lidlu nastawić piekarnik, by pisało mi się lepiej w towarzystwie pastéis de nata. Wszyscy lubimy podkręcać trochę rzeczywistość. Puszczam więc smutne fado. Posłuchajcie opowieści o słońcu Lizbony.      DSC_0101Dzień więc był ciepły, aż szkoda wyjeżdżać z Poznania. Można było jeść karkówkę z grilla u Króla Trawników – Macieja P., a nam się zechciało wcinania portugalskich wędlin i sardynek.DSC_0017.jpgDSC_0035
Znacie tę promocję Coca-Coli z etykietkami, które udają, że grają w państwa-miasta? Sięgneliśmy z lodówki portugalskiej nota bene Biedronki butelkę z etykietką „Lizbona” i, nie czekając na wygraną, wyjazd zasponsorowaliśmy sobie sami. Wystarczyło zamknąć oczy i wymarzyć sobie piknik z samym Ronaldo. Jak w reklamie klasy A.                              DSC_0007
A potem rozłożyć kolorowy koc w miejscu, z którego rozciągała się panorama miasta, to jest na Placu Drzew (Praça da Árvore). Żałujemy, że upał i komary wygoniły nas z traw tak wcześnie, bo zachód Słońca, którego nie doczekaliśmy, musiał być niemożliwie ciekawy.                            DSC_0094.jpg

DSC_0093Zanim jednak chwycił nas głód, zwiedziliśmy miasto od wschodu do zachodu, od północy do południa. Mimo tego, że najlepszy lizboński przewodnik był dla nas tego dnia niedostępny i nie mógł nas oprowadzić po najmniejszych zakątkach, obeszliśmy Lizbonę sami i nie skłamiemy wcale mówiąc, że znamy ją już jak własne kieszonki.           DSC_0039.jpgWidzieliśmy absolutnie wszystko, powąchaliśmy każdy, żółty niczym tramwaje, słonecznik, a mieszkańcy, zupełnie jak na przyjazd króla, wychodzili z domów, by się na nas napatrzeć. Koń w pobliskiej stajni stanął, a kierowca traktora słał nam pozdrowienia gorące jak pocztówki z Maroka. Ciepły klimat południa ogrzewa ludzkie charaktery, dlatego w Poznaniu ludzie są szarzy, a w Lizbonie kolorowi jak strój Nieśmigielskiej i opaleni jak polne kwiaty.

DSC_0034.jpgCisza i sielanka, o jaką trudno dziś w europejskich stolicach budzi we mnie dziwną nostalgię. Spaceruję więc ludzikiem po GoogleMaps, widząc znajome już domy i twarze, dopatrując się znajomego folkloru i historii przeplatanej z przyszłością narodu. Lizbona – miasto na krańcu Europy. Bem-vindo!

52°40′31″N 16°29′05″E.

A TUTAJ film.

googlemaps
Żródło: Google Maps
Reklamy

Jedna myśl w temacie “Na brzegu Tagu #Lizbona

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s